Podatki to sztuka

Doświadczenie zawodowe zbierał przez dwie dekady. Teraz się nim dzieli i to w taki sposób, że młodzi ludzie gotowi są wybrać pracę z nim w Warszawie zamiast robić karierę w Paryżu – rozmowa z Jackiem Bajgerem, partnerem w dziale doradztwa podatkowego, szefem zespołu cen transferowych.

Macie wąską specjalizację w branży podatkowej: ceny transferowe. Mimo że pracujecie z  międzynarodowymi korporacjami, to zapewne wśród znajomych i rodziny uchodzicie po prostu za specjalistów od podatków. Zdarza się, że podczas rodzinnego obiadu jesteście proszeni o rozliczenie PIT-ów?

Jacek Bajger: Coś w tym jest (śmiech). Kiedyś nawet zostałem zapytany o podatek rolny. Z doradcą podatkowym jest trochę jak z lekarzem. Podczas spotkań towarzyskich czy rodzinnych jest proszony o zbadanie bolącej nogi, czy o zalecenia na niestrawność i nikogo nie interesuje, że jest okulistą.

Jaką wiedzę trzeba mieć, aby doradzać w rozliczeniach między spółkami, które mają tego samego właściciela?

J.B.: Musimy mieć wiedzę z zakresu prawa i ekonomii. Doradcy podatkowi to często absolwenci prawa, ale w naszej działalności bardzo ważną rolę odgrywa wiedza ekonomiczna. I stwierdzam to ja, prawnik. Dlatego w naszym zespole pracują i prawnicy, i ekonomiści. Jeśli ktoś łączy obie te specjalizacje, tym lepiej, taka synergia spojrzeń jest bardzo przydatna. Rozważamy sprawy z prawnego i z ekonomicznego punktu widzenia.

I jest jeszcze trzeci punkt widzenia: punkt widzenia urzędu skarbowego.

J.B.: Zgadza się. Ceny transferowe to teraz jeden z najgorętszych tematów podatkowych.

Zapewne dlatego, że jest to bardzo wdzięczne pole do zaniżania zobowiązań podatkowych. Gdy moja spółka kupi od innej mojej spółki usługę za jakąś niebotyczną kwotę, to ponosi duże koszty, przez co płaci niższe podatki. Jednak jeśli ta transakcja była w 100 procentach uczciwa, jak dowieść urzędnikom skarbowym, że taka usługa była nam potrzebna i faktycznie jest tyle warta?

J.B.: Na planowaniu takich transakcji polega nasza praca. Patrzymy na specyfikę branży oraz rynku i staramy się ustalić, czy cena byłaby taka sama, gdyby brały w niej udział podmioty niezależne od siebie. Aby firma mogła się uchronić przed zarzutem transferu zysków musi pokazać, że stosowała ceny rynkowe. I to jest nasze zadanie. To jednak nie jest proste, bo obracamy się w świecie fikcji. Analogiczna sytuacja nie istnieje. Dlatego to bardziej sztuka niż nauka. Naszą rolą jest oszacowanie i uprawdopodobnienie zakresu cenowego. Taka usługa i taki towar powinien kosztować od – do. Jeśli cena nie mieści się w tych widełkach, fiskus może mieć uzasadnione wątpliwości. Działamy według istniejących zasad nie tylko krajowych, ale również stworzonych przez OECD, ponieważ nie da się tematu załatwić na poziomie jednego kraju. Często są to transakcje międzynarodowe. Jeśli przesadnie zabezpieczymy klienta w Polsce ustalając niską cenę, to możemy narazić na nieprzyjemności firmę w innym kraju, która będzie musiała się tłumaczyć przed angielskim, irlandzkim czy niemieckim fiskusem.

Działacie mniej więcej tak, jak adwokaci podczas procesu, którym raz uda się klienta wybronić, innym razem nie, bo gwarancji być nie może?

J.B.: W tej branży gwarancji rzeczywiście nie ma. Jednak nie zgodziłbym się z tą analogią. Adwokat pojawia się w momencie, gdy jest spór. My zaczynamy działać wcześniej. Projektujemy transakcję tak, aby do żadnego sporu nie doszło. Dmuchamy na zimne.

Oczywiście, czasem zdarza się, że klient przychodzi do nas w momencie, kiedy transakcji już dokonał według własnego uznania i właśnie trwa u niego kontrola skarbowa, która przybiera bardzo niekorzystny obrót. Wtedy rzeczywiście jesteśmy w roli adwokata, który stara się tylko zmniejszyć wymiar kary.

Interpretacje aparatu skarbowego czasem są zaskakujące i nawet z dobrze przygotowaną transakcją możemy narazić się na szykany.

J.B.: Przy dużych, powtarzalnych transakcjach, jest możliwość negocjowania z Ministerstwem Finansów poziomu cenowego. To są fajne projekty. Satysfakcja jest olbrzymia, gdy uda się wypracować rozsądny konsensus – znaleźć równowagę między apetytem fiskusa a interesem firmy. Interesy niby są sprzeczne, ale jednak to wcale nie wygląda tak, że przedsiębiorcy nie chcą płacić podatków. Przede wszystkim chcą mieć święty spokój ze strony aparatu skarbowego. Mają dość stresów związanych z prowadzeniem biznesu, pochłania im to mnóstwo czasu i nie chcą tracić energii i nerwów na spory, chcą mieć z tej strony wszystko poukładane. Dlatego nie unikają płacenia, choć oczywiście chcą to robić na takim poziomie, aby móc normalnie funkcjonować i aby biznes przynosił zyski, bo w końcu taki jest sens prowadzenia działalności gospodarczej.

Ma pan wiele osiągnięć, a z pańskiej wiedzy i doświadczenia czerpią nie tylko klienci KPMG, ale również media prosząc pana o komentarze. Kiedy stwierdził pan: „jestem ekspertem”? Był taki przełomowy moment?

J.B.: Jeden z moich kolegów odszedł po dwóch latach wspólnej pracy. Stwierdził, że musi coś w swoim życiu zmienić, zająć się czymś innym, bo o cenach transferowych wie już wszystko (śmiech). Od 21 lat jestem doradcą, od 2001 roku w KPMG zajmuję się cenami transferowymi i cały czas się uczę. Często spotykam się z takim przeświadczeniem, że moja praca jest nudna – taki księgowy ze swoimi cyferkami. A proszę mi wierzyć, że nigdy, NIGDY przez te wszystkie lata nie zetknąłem się z dwoma takimi samymi sprawami. Może być firma z tej samej branży, działająca na tym samym rynku, a mimo to trzeba problem rozwiązać inaczej, pojawiają się inne czynniki. To mnie w tej pracy fascynuje! Tu nie ma nudy!

Wczoraj wróciłem od jednego klienta, przedwczoraj byłem u innego. Aby zająć się tematem mam obowiązek poznania ich działalności, abym wiedział, na czym polega specyfika firmy. Nie mogę inaczej. Dlatego zwiedzam hale produkcyjne, zdobywam wiedzę o produkcji elektrod węglowych, papierosów i budowie kombajnów.

Nie wyobrażam sobie, że do KPMG można sobie przyjść z ulicy i usłyszeć, że skoro chcesz się uczyć, to siadaj tu obok pana Jacka i ucz się cen transferowych.

J.B.: Żeby trafić do mnie na ostateczne interview, trzeba oczywiście przejść przez kilkatestów. Specyfika naszej specjalizacji polega między innymi na tym, że nie można się jej nauczyć na studiach. Można liznąć niektóre zagadnienia, ale mam świadomość, że ktokolwiek do mnie przyjdzie, będę go musiał uczyć praktycznie od zera. Dlatego do pracy w zespole nie szukam specjalistów. Szukam – jakby to nie zabrzmiało – fajnych ludzi. Po pierwsze, musi nam się ze sobą dobrze pracować, po drugie, nasza praca polega na kontaktach z klientami. Z klientem należy nawiązać relacje, więc dobrze, abysię zrozumieć. Musimy mieć z nim dobry kontakt, aby rzetelnie wykonać swoją pracę. Takie wrażenie, jakie zrobi na mnie kandydat do pracy, zrobi też na kliencie.

kontakt

jeśli masz pytania
napisz do nas!
kariera@kpmg.pl

Ta strona używa plików cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień przeglądarki w tym zakresie, oznacza zgodę na ich używanie. Więcej informacji na ten temat znajduje się w naszej polityce prywatności.

Zamknij