Endorfiny po pracy

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia – mówi o windsurfingu Jacek Skierski, starszy menedżer w dziale Management Consulting w KPMG. To sport dla osób posiadających wolę walki. Na wodzie spędza nawet 40 dni w roku, jednak to niejedyna jego pasja. Po latach wrócił do uprawiania wspinaczki, a zimą jak najwięcej wolnego czasu stara się spędzać na snowboardzie.

Przygodę z windsurfingiem zacząłem od stwierdzenia, że ten sport chyba nie jest dla mnie. Spędzałem wakacje na greckim wybrzeżu w towarzystwie znajomych, którzy na ten wyjazd wypożyczyli sprzęt. Zarówno dla nich, jak i dla mnie, był to pierwszy raz. Wszystkim szło dość opornie. Wynikało to między innymi z tego, że ten sprzęt był przedpotopowy, o czym wówczas nie miałem pojęcia. Jedynym moim źródłem wiedzy była jakaś książka, która bardziej koncentrowała się na opisach praw fizyki niż praktycznych aspektów windsurfingu.

Wówczas moją pasją była wspinanie, dlatego celem kolejnych wakacji był chorwacki raj wspinaczkowy Paklenica – długi wąwóz otoczony skalistymi ścianami. Graniczy on jednak z wybrzeżem i tak się złożyło, że znów mogłem wypożyczyć sprzęt do windsurfingu, tym razem bardziej odpowiedni do nauki, i ponownie spróbować. Po dwóch tygodniach okazało się, że na wodzie spędziłem więcej czasu niż na wspinaniu.

I wtedy zaczęło się już na dobre. Na kolejny wyjazd kupiłem własny sprzęt, wymagający jednak nieco większych umiejętności niż te, które wtedy miałem. Pierwszego dnia trenowałem więc głównie wchodzenie na deskę, z której co chwilę spadałem, usiłując podnieść z wody żagiel. Pokład nowej deski pokryty był szorstkim antypoślizgiem, więc kolana i łokcie zdarłem do krwi. A myślałem, że już coś umiem… Musiałem coś na to poradzić, więc niewiele myśląc brutalnie zeszlifowałem antypoślizg papierem ściernym. I tak w ciągu jednego dnia moja deska straciła dużo na wartości, mogłem jednak ćwiczyć dalej.

Teraz pływam średnio od 30 do 40 dni w roku, co przekłada się na 120-150 godzin na wodzie. Składają się na to przynajmniej dwa wyjazdy wakacyjne oraz weekendowe pływanie na lokalnych spotach, jeśli tylko odpowiednio wieje.

Sport dla walecznych

Ten sport wymaga pewnej determinacji. Czas nauki zależy od indywidualnych predyspozycji, zacięcia i „woli walki”, ale nabywanie kolejnych umiejętności nie przychodzi łatwo i szybko. Zanim złapiemy pierwszy ślizg, musi upłynąć trochę czasu. Muszę jednak stwierdzić, że dziś jest to o wiele prostsze niż kiedyś, dostępny jest bowiem odpowiedni sprzęt dostosowany specjalnie do nauki. Są to szerokie deski pokryte miękką pianką zamiast ostrym antypoślizgiem, który docenimy dopiero na nieco późniejszym etapie. Nietrudno też o instruktora, z którym dużo łatwiej rozpocząć przygodę z windsurfingiem.

Zanim wyda się pierwsze pieniądze na sprzęt, warto korzystać z wypożyczalni. Kiedy już zdecydujemy się na pierwsze zakupy, dobrze jest poradzić się kogoś z większym doświadczeniem. Wybór na rynku jest duży, a sprzęt trzeba dobrać odpowiednio do umiejętności i kierunku, w którym chcemy te umiejętności rozwijać – windsurfing ma różne odmiany i do każdej z nich mamy nieco inny sprzęt.

Od Dobrzynia do wybrzeży Brazylii

Dobre warunki do uprawiania tego sportu to rzecz względna. Oczekiwania zmieniają się wraz ze wzrostem umiejętności. Początkującym wystarcza płaska woda i niezbyt silny wiatr. Wraz z doświadczeniem rosną wymagania. W końcu uzależniasz się od fal i silnego wiatru.

Miejsca na weekendowe pływanie wybieram na podstawie prognoz – siły i kierunku wiatru. W najbliższej okolicy to najczęściej Dobrzyń nad Wisłą – z zaskakującymi falami jak na śródlądzie, Zalew Sulejowski lub Jeziorsko, a nieco dalej Zalew Wiślany i Morze Bałtyckie.

Wiatr w naszym kraju jest jednak bardzo kapryśny i planując wakacje z wyprzedzeniem, trudno przewidzieć, kiedy i gdzie będzie wiało. Pewniejszą alternatywą są uznane zagraniczne spoty z pewnym wiatrem i pogodą. Od paru lat mam dwie stałe pozycje w kalendarzu wyjazdów windsurfingowych. Pierwsza to grecka wyspa Karpathos, która w sezonie wakacyjnym słynie z bardzo silnego wiatru. Druga, to północno wschodnie wybrzeże Brazylii, gdzie szczyt sezonu przypada na naszą późną jesień. Dwa, a jeszcze lepiej trzy tygodnie na atlantyckich falach pozwalają przetrwać zimę w oczekiwaniu na kolejny sezon. Pływałem też na kilku innych greckich wyspach, w Maroku, wielokrotnie w Egipcie i na wyspach kanaryjskich, ale do tych dwóch miejsc mam szczególny sentyment i z radością tam wracam.

Po endorfiny przez płotki w skały

Sport towarzyszy mi od zawsze. Zacząłem od trenowania biegów przez płotki w stołecznej Polonii. Co zabawne, klub znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie obecnej lokalizacji naszego biura KPMG. Plan treningowy zakładał dużo zajęć ogólnorozwojowych, treningi płotkarskie przeplatane były z innymi konkurencjami lekkoatletycznymi, a także koszykówką czy pływaniem.
Wiele mi to dało.

Później zainteresowałem się sztukami walki, którym poświęciłem dwa lata. Po nich przyszła kolej na wspinaczkę. Na kilka lat ją porzuciłem, bo odkryłem windsurfing, który pochłonął mnie całkowicie. Jednak wróciłem do regularnego wspinania, i to z większą intensywnością niż wcześniej. Obecnie jest łatwy dostęp do wielu obiektów, które umożliwiają sportową wspinaczkę w hali.

Dzięki temu w ciągu niespełna pół godziny od wyjścia z pracy czy z domu mogę się wspinać. Tę formę aktywności polecam każdemu, bo to ciekawe połączenie wysiłku fizycznego z wyzwaniami natury mentalnej: uczymy się podejmowania ryzyka, pokonywania własnych ograniczeń i lęków. Zastrzyk endorfin po treningu jest wyraźnie odczuwalny – naprawdę warto spróbować. Wspinam się oczywiście nie tylko w hali. Kilka wakacyjnych weekendów spędzam w skałach – najczęściej Jury Północnej, a na nieco dłuższe wyjazdy wyruszam gdzieś dalej. Na przełomie kwietnia i maja wybieram się do Hiszpanii w rejon Costa Blanca.

„Pływanie” i skakanie na śniegu

Mam za sobą sezon zimowy, pod koniec którego udało mi się wyjechać do austriacko-szwajcarskiego ośrodka Ischgl. Oczywiście, na snowboard. Ten sport daje mi niesamowite wrażenia. Jak w przypadku wielu osób, zaczynałem od narciarstwa. Potem na kilka wyjazdów zabierałem i narty, i deskę, aż w końcu podczas jednej z wypraw, nart nie wyjąłem nawet z pokrowca. Od tamtej pory jeżdżę już tylko na snowboardzie. Jazda w puchu dostarcza mi podobnych wrażeń, jak pływanie na falach. Podobnie też jak w windsurfingu, najwięcej adrenaliny dają mi skoki.

Jeśli jest dobra prognoza i odpowiednie warunki, to na kilkudniowy wypad „last minute” wybieram Beskidy – relatywnie szybki dojazd, z roku na rok coraz lepsza infrastruktura, można też znaleźć tu miejsca, gdzie więcej się jeździ niż stoi w kolejkach do wyciągów. Jednak nie byłoby zimy bez Alp. Z reguły jeżdżę do Austrii. Staram się co roku wybierać inne ośrodki, ale mam tam oczywiście także swoje ulubione miejsca, do których należą m.in. lodowce.

Sekcja wspinaczkowa w KPMG?

W KPMG korzystam z oferowanej pracownikom karty Multisport, dzięki której mam tańszy dostęp do wielu obiektów sportowych, między innymi takich, jak arena Makak. Obecnie w firmie działa 13 sekcji sportowych odbywających regularne treningi. Nie ma wśród nich jeszcze sekcji wspinaczkowej, ale mamy już kilku chętnych i jeśli pojawią się następni, to może uda się uruchomić kolejną.

Cenię sobie też to, że nie było dotąd sytuacji, abym napotkał na przeszkody przy braniu urlopu niezbędnego do realizowania moich pasji. Wynika to nie tylko z tego, że moje główne wakacje przypadają z reguły na listopad, a więc poza szczytem sezonu urlopowego, kiedy trudniej o zastępstwo, ale także mogę liczyć na zrozumienie – mój przełożony należy do osób aktywnych, a jego synowie od kilku lat pływają na desce.

kontakt

jeśli masz pytania
napisz do nas!
kariera@kpmg.pl

Ta strona używa plików cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień przeglądarki w tym zakresie, oznacza zgodę na ich używanie. Więcej informacji na ten temat znajduje się w naszej polityce prywatności.

Zamknij